rzecz o nieporozumieniach przypadkowych i nieprzypadkowych
Kategorie: Wszystkie | kisiążki | otwieranie | religia
RSS
sobota, 22 maja 2010
Powódź? Zalewasz!

Nic tak jak katastrofa nie otwiera nam oczu na to co, zawsze powinniśmy przed nimi mieć.  Dziś widać jak na dłoni, że katastrofa 1997 roku niczego sensownego nas nie nauczyła. Niby nic odkrywczego, jednakże mało kto zauważa, że ta powódź zalewa też umysły i o ile są to umysły ludzi, którzy stracili wszystko i są w rozpaczy, to ja to rozumiem. Nie rozumiem jednak dlaczego zalewa tez umysły innych?

Powódź to w gruncie rzeczy zupełnie naturalne zjawisko - coś jak śnieg w zimie, susza w lecie, czy wichury w okresach przejściowych. Obserwując jak sobie jako ludzie radzimy z innymi żywiołami nie powinniśmy być zdziwieni sytuacją powodziową. Mnie szokuje za to fakt, że akurat z powodzią dużo łatwiej sobie radzić niż np. z huraganem ,który uderza to tu to tam. Ludzie od zawsze osiedlali sie na terenach zalewowych ze względu na żyzność gleb, dostęp do szlaków wodnych lub w ogóle do wody. Nikt jednak nie płakał że rzeka wylewa. Dlaczego? Bo był do tego przygotowany. Bez planów satelitarnych, wałów przeciwpowodziowych zbiorników retencyjnych i wielkich tam. Po prostu - architektura przystosowana była na taką okoliczność - tak zresztą dzieje się i dziś w innych miejscach na świecie. Gdy to nie wystarczało nikt nie wzywał wojska, za to każdy miał na podorędziu jakąś łódź lub kilka łódek. 
Trzeba tez uczciwie przyznać, że i powodzie były łagodniejsze, bo nie umieliśmy wtedy prostować rzek i przyspieszać spływu wody ze zlewni, słowem nie umieliśmy tak jak teraz tworzyć fali powodziowej.

Dziś  wszędzie słychać lament, że wały za niskie, za mało tam i zbiorników, a wszystko to głupstwo, bo choćbyśmy zaniechali wszelkich innych inwestycji i obwałowali cale dorzecze Odry i Wisły nic by to nie dało. Paradoksalnie efekt byłby odwrotny. Woda "ściśnięta" w korycie nabierałaby rozpędu i wysokości. To właśnie brak terenów gdzie rzeki mogłyby naturalnie sie rozlewać jest powodem tego, że rozlewają się w miastach i wlewają się ludziom do domów. Wielbicielom wałów polecam podróż nad morze i zabawę w budowanie fortecy z piasku nad jego brzegiem. Po kilku godzinach walki z łagodną bryzą, nabieramy pewności co do budowy wałów i ich odporności na wodę.

Wiele mówi sie o konieczności ubezpieczeń od powodzi. To niestety też głupstwo. Przecież ubezpieczyciel to nie dobry wujek. O ile ubezpieczy źle zbudowaną chatę poniżej poziomu rzeki, to poda taką stawkę byś uzbierał sobie człowieku na remont, a i ubezpieczycielowi źle nie będzie. Co więcej - jak ci się uda i dostaniesz wypłatę zaraz po opłaceniu pierwszej składki - ubezpieczyciel wystąpi z regresem do samorządu co to wydał pozwolenie na budowę, a nie zabezpieczył wałów. Czyli i tak z twojej kieszeni!

Rozwiązanie oczywiście jest bolesne i narzuca się samo - miast ludzi mamić wałami, zbiornikami i innymi kosztownymi hydrozabawkami, trzeba w końcu opublikować mapy terenów zalewowych i przeznaczonych  do zalewania i powiedzieć w końcu ludziom,że w pewnych miejscach rzeki muszą wylewać! Nie wolno ich fortyfikować, bo na dole będzie jeszcze większa tragedia. Trzeba im pomóc budować prawdziwe domy przeciwpowodziowe (są setki technik) i zakazać na bagnach budować niskich domków z głębokimi piwnicami.

Ten temat szybko jednak odpłynie, no bo kto za rok zgodzi sie z tezą by pieniądze np. na drogi lub na zasiłki i renty przeznaczyć na ochronę przeciwpowodziową?
Kto będzie chciał przeciąć wstęgę na właśnie wysiedlonej i przeznaczonej na polder zalewowy wsi?
Co.  ktoś się odważy??
ZALEWASZ!

otwieracz 

O nauczaniu historii

"Polska to jest bardzo fajna kraj" - jak mówił Zulu Gula, a po ostatnich wydarzeniach mam wrażenie że robi sie coraz bardziej "fajna". Dziś bowiem widzimy na czym zbudowano świadomość narodową Polaków. Nikt tak jak my nie kocha sie w katastrofach, nigdzie tak pięknie jak u nas nie opłakuje się tych, których wcześniej opluwano. Gdzie tak pięknie jak u nas ludzie biją sie w piersi, jednoczą się w kolejkach nieutulonego żalu. No i nigdzie też tak jak u nas potrafimy to opisać - no po prostu taka piękna tragedia.

Gdyby chcieć o tym porozmawiać choćby z anglikiem zastanawiam sie czy zdołał by pojąć funkcjonowanie tego motoru zasilanego poczuciem krzywdy, pojęć tak przedziwnych jak przez nas uwielbiane Gloria victis. Po głębszym zastanowieniu mógłbym jedynie podejrzewać że może jakiś Żyd lub Palestyńczyk zdołałby to ogarnąć.  Ostatnio usłyszałem rzecz arcypolską : "mit Katynia stal się mitem założycielskim III Rzeczypospolitej", kiedy zdawało się że martyrologia wojny i powojnia powoli wygasa we współczesnej polityce - znów mamy bohaterów którym przyczepia się gigantyczną etykietkę "zginęli w katastrofie"  i znowu nie liczymy sie z tym co zbudowali w czasie pokoju i w czasie zwykłej pracy tylko   podnieca nas ich śmierć i elektryzuje trumna z okaleczonym ciałem.

Z szacunku do inteligencji czytelnika nie wspomnę w szczegółach prawdziwej (czyt. skąplikowanej) historii gloryfikowanej (bo tak pięknie zginęła) II RP, a dodam tu piękny obrazek wskazujący do czego taka zbiorowa świadomość może prowadzić. Po jednej z naszych klesk powstało dzieło które ze względów propagandowych wielokroć recytowane było jak modlitwa, kto z nas choć raz nie słyszał patetycznej Reduty Ordona. Niewielu wie że nikt chyba jak sam Ordon nie nienawidził tego wiersza. Nie dość że przeżył wysadzenie reduty to jeszcze przez resztę życia widmo bohatera zatruwało mu życie. Na tyle zatruło że nie mogąc wytrzymać pełnych wyrzutów spojrzeń (przecież powinien zginąć jak bohater) strzela sobie w łeb, ale to już zupełnie nie pasowało do naszej narodowej wizji bo to przecież nie była piękna tragedia.

Tags:

niedziela, 29 listopada 2009
Dlaczego nienawidzę telewizora?

TV addict To zastanawiające jak myśl wychodzi z głowy, jak rodzi się i formułuje. Benedykt Gierosławski z "Lodu" Dukaja  wprowadza pojęcie języka pierwszego i drugiego rodzaju. Ten pierwszy to pierwotny język komunikacji, który każdy w nas nosi - coś dzięki czemu odbieramy sygnały od innych nie otwierając ust.W tym języku niezwykle trudno skłamać choć on opisuje tylko (może nawet) najważniejsze sfery naszego życia - tak opowiadamy sobie miłość, pożądanie, niechęć,zawiść, gniew... Jest jeszcze drugi język słów ten w którym piszę - język ułomny, drewniany i wieloznaczny. W tym języku niezwykle trudno nie skłamać. Najczęściej tylko biegniemy ku prawdzie, same słowa nas od niej dzielą...

Dziś w samochodzie myślałem o tym czego tak często nie sposób mi było wytłumaczyć. Dlaczego nie potrzebuję i nie cierpię telewizora mimo ,że tak często przed nim siedzę. Ująłbym to tak: telewizor ma dwie okrutnie szkodliwe cechy - WCIĄGA I FORMUJE

Wciąga - bo to łatwe gapić się i przestawić się po prostu na odbiór. To niemalże fizyczna właściwość umysłu dążenie do jak najniższego potencjału, do oszczędzania energii. Jednak im bardziej jesteśmy zasiedzeni tym bardziej jesteśmy bierni, tym trudniej od telewizora wstać. To wciąganie ma cechy hipnozy. Wiele razy przyglądałem się ludziom wpatrzonym w  szklane okno - poza odbitym w tęczówce obrazem nie ma w nich nic ruchomego. Jak pomyślę że ja tez tak wyglądam to robi mi się słabo...

Formuje - bo w pokazuje życie takim, jakie mogłoby być, nawet zdjęcia z życia wzięte nie są do końca realne. Specyficzną formację przechodzi widz wciągnięty w tasiemcowe seriale, pokazujące niby normalne życie niby zwykłych ludzi. Prawie wszystko jest tam "prawdziwe" poza oczywiście fabułą. Bohaterowie noszą "normalne" ubrania, mają "normalne" zawody ... nie widać tam tylko normalnego znoju, udręki życia. Nie stoją w kilometrowej kolejce, nie gniją w korku, nie zasypiają w autobusie czy też nie studiują śmietników. Ich życie pełne perypetii, to czysty narkotyk (patrz funkcja "wciąga"), jest to niby normalne życie - ale wcale nie nudne więc lepsze.

Dlatego też wielu bardziej wierzy w to co widać w telewizorze niż w to co widzą gołym okiem i ciągle im się marzy ze kiedyś ich ten telewizor wciągnie. Niektórzy tak bardzo tego pragną że chcą nawet podjąć ryzyko oddania władzy - ryzyko oddania pilota.

otwieracz

 

 

czwartek, 04 grudnia 2008
Anatomia wstydu

Lodowa impresja No 2

Spomiędzy słów (czyt. wewnętrznego bełkotu)  widać pragnienie wyrarażenia wewnętrznego stanu. Za nim  znowu jest chęć po prostu WOLA.
A i ona nie jest pierwotna - szamocze się w klatce blokad niczym więzień. Więzień różnorakich wstydów.
Czy zatem wstyd, owe blokady są naszym prawdziwym, pierwotnym Ja?

Wstyd nie powstaje od razu. Posiada raczej właściwość drożdży. Niewielka ilość krępującej sytuacji stanowi zaczyn. Niby możemy iśc dalej ale to dziwne skrępowanie wynikające z przeżytych wcześniej PIRAMID WSTYDU nas jakoś powstrzymuje.
Jeśli zorientujemy się od razu - możemy wysiłkiem woli lub innej osoby (sytuacji) przełamać zaczyn - zwykle jednak odkładamy sprawę. Odłożenie, spowolnienie stanowi pożywkę naszej wewnętrznej grzybni. Odłożenie minuty, godzin i w konsekwencji nawet lat buduje wokół nas klatkę...
Niby widać rozwiązanie, a jednak jakoś nie można...
W końcu grzybnia zasłania nam świat
Tu jest nasza druga szansa wtedy możemy wysiłkim nadludzkim wysadzić klatkę w powietrze rzucając się w przepaś  , raz kozie smierć.

Jeśli jednak zaniedbamy tę chwilę -  mur stwardnieje i pozostanie nam tylko budować ŚWIAT WEWNĄTRZ KLATKI.

otwieracz

Tags:

piątek, 28 listopada 2008
Wyrwane z LODU (Jacek Dukaj "Lód")

 lód2 "RZECZYWISTOŚĆ" - to słowo kiedyś nie dawało mi spać. Nie dlatego żeby mi się wydawało aż tak ważne lecz właśnie dlatego że  nie sposób oddzielić go od innego słowa bez którego nie da sie nawet żyć - od "PRAWDY'.

Arystoteles podzielił ową rzeczywistość na dwie antynomie - prawdę i fałsz. Załozył że musi istnieć jakaś krystaliczna, idealna prawda (właściwie to raczej Prawda) i wiele nie wartych zachodu fałszy. Przerżnął świat na pół i  świat stał się wreszcie jasny, zrozumiały, pewny. I choć tak naprawdę (sic!) nikt w takim świecie nie żyje, dla każdego  będzie MARZENIEM.

KŁAMSTWO. Na pierwszy rzut oka obrzydliwe, plugawe i wstrętne (zawsze wychodzi bokiem?), a jednak wszechobecne. Czy jest to tylko wyraz naszej słabości? Czy nie przez kłamstwo możemy się więcej dowiedzieć o drugim człowieku niźli poznając jedynie suche fakty o jego życiu czy nawet o tym co w danej chwili myśli? Człowiek kłamiąc o sobie daje dowód swego wnętrza - niemalże otwiera przed innym swoje jestestwo i pokazuje ciemne ukryte wnętrznośći - pokazuje samego siebie  TAKIM JAKIM CHCIAŁBY BY BYĆ. Kłamiąc siebie jesteśmy do końca twórczy. Akt ten nie wymaga żadnego przygotowania technicznego  - im bardziej jesteśmy naturalnie twórczy tym samo kłamstwo jest doskonalsz i paradoksalnie prawdziwsze.

"Lód"  otworzył mnie na wiele rzeczy. Nawet momentami gdy go czytałem (a jest co - ponad 1000 stron) wydawało mi się że czuję SPOKÓJ.
Spokój wynikający ze zrozumienia. Zrozumienia nie na zasadzie kultowej ksiązki - raczej na zasadzie odblokowania pewnych pytań - ulgi z popchnięcia pewnych spraw do przodu. Jak w pasjansie - w takim, który juz miał nie wyjść, nagle znajdujemy jakieś rozwiązanie i dalszy ciąg płynie jak wezbrana  rzeka do... następnego dużego pytania.

Jeszcze coś o "Lodzie " zaśnieżę ale to wtedy ,gdy we mnie nieco przymarźnie...
otwieracz

poniedziałek, 08 września 2008
Nowa odsłona

curtain Wróciłem do otwierania po dłuzszej przerwie. Dziś postanowiłem że bedę ten obłędny pomysł kontynuować mimo całkowitego braku zainteresowania. Nagle zrozumiałem po co to to mi i do czego... Jeśli nawet rzeczywiście nikt tego nie czyta to nawet trochę lepiej...

Dlaczego?

Dlatego że będę mógł swobodnie opadać (obiecuję sobie że tylko chwilowo) na słodkie łono grafomanii bez lęku i twórczej drżączki.

To po pierwsze ,a po drugie nie będę musiał się trzymać tak ściśle tematu - będę otwierał co mi sie podoba!

Już czuję jak drga zjawiskowo mglista muza - bełkotliwy demon oblizuje się z obleśnym uśmiechem.

Pozdrawiam, nieszczęsny czytelniku (hi,hi niewidzialny czytelniku)

Twój otwieracz

poniedziałek, 31 marca 2008
Esprit d'escalier

schody Ostatnio dużo czytam książek, które już kiedyś czytałem. Czytam je jednak inaczej. Nie pożeram ich, nie czytam łapczywie - a powoli acz nie bez zdziwienia zauważam jak mało z nich pamiętam. Co ciekawe nawet już czytając  - nie do końca jestem pewny fabuły - ot nieudolność pamięci albo zwykła żarłoczność czytelnika.
Przeczytał. Oszołomił się. Zapomiał. Tak myślę sobie  - jakie to przykre dla autora...
Co więcej - to jedna z książek po przeczytaniu której na pierwszej stronie umieściłem dla siebie wskazówkę. Nic nie pomogło. Choć napisałem ją ledwie 13 lat temu  nie wiem  dlaczego napisałem tam " (...) zacząłem podejrzewać że dana mi jest jest więcej niż jedna szansa"
Kiedy zrezygnowany przestałem się pocić nad tym, co to miało znaczyć zaraz pomyślałem o otwieraczu  - to straszne ale można nieporozumieć się ze sobą samym lub kompletnie zapomnieć kim się było ot choćby i 13 lat temu.

Teraz znów przeczytałem tę oszałamiającą książkę (J.Carroll "Muzeum Psów") znowu dymi mi pod czaszką, położyłem na niej zaostrzony ołówek i myślę co znowu napisać na pierwszej stronie... Czy nawiązać pytaniem? Czy wylać swe niezrozumienie? Chyba jednak wspomnę o swojej wieży. Moja stoi w mojej głowie w tym samym miejscu od dzieciństwa. Miejsce jest dla mnie tak święte, że byłem tam może ze trzy razy w  życiu mimo ,że widać je z okien domu moich rodziców... Na jej kamiennym szczycie powiewa wielka czerwona chorągiew, której nigdy nie opuszcza wiatr... To jest jednak najdziwniejsze w niej ,że wciąż ją rozumiem i nigdy to marzenie nie stało się dla mnie dziecinnym...

Ponieważ ten wątek wyraźnie się rozjeżdża wspomnę tylko o  tytułowym duchu schodów. To się na pewno każdemu zdarzyło. Mieliśmy być błyskotliwi i oszałamiający, chcieliśmy robić wrażenie ,a tu bąknęliśmy tylko jakiś banał. Tymczasem po fakcie cięte riposty i mgławicowe cytaty wylały się z nas na chodnik i spłynęły bezużyteczne rynsztokiem.
Niby nic nadzwyczajnego lecz z perspektywy otwieracza to kolejne odkrycie  -nie możemy się porozumieć bo  w konkretnym punkcie czasoprzestrzeni jesteśmy zbyt zablokowani.  Dlaczego? Można by tu napisać jakiś banał w stylu pseudopsychologii o kompleksach, ciśnieniu itp. mi jednak przypomina się jeszcze jedna ważna dla mnie książka. Występuje tam pewien pluszak który mimo tego ,że jest ogólnie ciapowaty to jakoś tak mało czegoś chce że zawsze mu wychodzi. Zdecydowanie Tao łatwiej przełknąć niż  psychologiczne wykresy...
Jeszcze to kiedyś zgłębię tu nakreślam  jedynie by nie zapomnieć. Do moich potencjalnych czytelników mam tu prośbę -  napiszcie mi pod spodem jakiś swój ulubiony esprit d'escalier...

Pozdrawiam
otwieracz

Technorati Tagi: duch schodów,Carroll,Muzeum Psów

wtorek, 25 marca 2008
Równoległa rzeczywistość

Od dłuższego czasu przyglądam się temu co dzieje się w kraju, który ze względu na tematykę otwieracza budzi szczególne zaciekawienie a mianowicie w Chinach. Nie chcę broń Boże opisywać tu wszystkiego co możnaby napisać o manipulowaniu informacją w tym "pięknym kraju" (nigdy bym nie skończył) raczej pragnę tu zwrócić uwagę na jeden z aspektów "chińskiego podejścia" do informowania świata o czymkolwiek co dotyczy Chin lub chińskich interesów.
Chodzi mi tworzenie równoległego świata. Świata w którym czarne jest białe i już u samych podstaw obraz jest aż tak nierzeczywisty, że nie sposób w ogóle z nim dyskutować.

Właściwie to wszystko to już było i my w Polsce byliśmy zapewniani że Amerykanie nie robią nic innego, tylko w ogromnych laboratoriach popędzają niewolników by produkowali coraz to nowe chmury stonki, którą nasi odważni lotnicy przy pomocy ultranowoczesnej tiochniki made in USRR (czyt. odrzutowce marki kukuryźnik) tępią już na granicy Polski Ludowej. Codziennie faszerowano nas świetlanymi reportażami z niemniej świetlanych cudów postępu uskutecznianych na dalekiej Syberii, w oazach nowoczesnej kultury rolnej - sowchozach Azerbejdżanu lub jeszcze bardziej egzotycznej republiki radzieckiej.
Różnica pomiędzy PRL a CHRL polega na finezji. O ile propaganda w wydaniu naszych komunistów była po prostu siekierą ciosana, to podejście chińskie jest o wiele bardziej drobiazgowe. Opanowanie umysłów własnych obywateli jest już niewystarczające i mechanizm systemu politycznego Chin dwoi  się i troi by swą równoległą rzeczywistość rozpropagować w świecie. Stosuje tu kilka rodzajów działań:

  1. Gdzie się da promuje swoją wizję unikając jak ognia takich mediów gdzie możliwa jest jakaś konfrontacja

  2. Dezawuuje oponentów zarzucając im własne intencje (np. wciskając Dalajlamie że to on namawia do przemocy, albo że nie chce z nimi rozmawiać)

  3. Nie dopuszcza do niekontrolowanego wycieku informacji (wywalając wszystkich niezależnych dziennikarzy)

  4. Kontroluje  dopływ do wewnątrz przecieków ze świata (vide chiński internet)

  5. Tępi metodami "dyplomatycznymi" wszelkie przejawy oporu wobec jedynie prawdziwej świetlanej wersji zdarzeń (vide reakcja rządu i policji greckiej wobec protestów w Olimpii)

  6. I wreszcie cream de la cream - twierdzi że białe jest czarne podając tony rzekomych informacji z historii produkowanej w maszynce opisanej przez Orwella w uroczej lekturce pt. "Rok 1984" - tonem oczywiście świętego oburzenia. Tu szczególnie zainteresowanym polecam lekturę stron ambasady CHRL w RP a w niej szczególną perełkę dot. panczenlamy

Świadomie unikam tu moralizowania bo zdaję sobie sprawę że właściwie każdy rząd (szczególne zasługi w tym rodzaju public relations mają np. USA lub na przykład rząd RP w wydaniu panów K.) tym niemniej fascynuje mnie totalność i szerokie podejście oraz swoista chińska precyzja w podejściu do manipulowania własnym wizerunkiem.
Jest to temat tak szeroki, że nie starczyłoby niejednego bloga (a kto wie czy wtedy taki serwer blogowy nie wybuchłby po wizycie "przyjaciół" ze wschodu :-) tym niemniej warto mieć to na uwadze konsumując chociażby ...Colę z napisem PEKIN 2008.

22:01, qwertyui85 , otwieranie
Link Komentarze (1) »
sobota, 22 marca 2008
Dyktat formy

Zanim napiszesz - zobacz. Zanim przemyślisz - odczuj. Rób cokolwiek - tylko się nie zastanawiaj. Za każdym razem gdy odbieram jakiś masowy przekaz wyobrażam sobie słynne trzy małpki. Modyfikując wygląd swojego bloga (matko jaka to okropna nazwa), grzebiąc w magicznych formułach CSS-u i obserwując jak zmienia sie wizualna strona mojego przekazu, wizytując przy okazji poradniki pisane przez blogerów - informatyków staneła mi przed oczami  dawna zjawa. Wspomniałem zapomnianą dyskusję na temat formy i treści przeciwstawionych sobie niczym Dawid Goliatowi. To przeciwstawienie tak oczywiste w buntowniczych czasach, gdy wydawało się ,że forma może być tylko skostniałą - a treść - rewolucyjną dziś wydaję się być dziecinne. Samemu będąc odbiorcą poszukuję przekazów dobrze opakowanych, migotliwych i jasnych, samemu staram się nadawać mojej pracy wysokie standardy estetyczne. Czy zatem dożyłem czasów gdy forma i treść się spotykają. Niestety nie...

Dawny ugniatający niczym kamyk w bucie rytm wiersza, sztucznie wyglądające ramy obrazu to dziś nic nie znaczące archaiczne detale. Dawno zapomniano o rymie i rytmie, a ramy w obrazach są raczej wyrazem pewnej pieczołowitości niż symbolem ograniczeń. Kiedy wspominam tę giętkość treści - skłębionej myśli, eksplodującej emocji - którą trzeba było wciskać w ramy wiersza, opowiadania czy sztuki - wspominam wszechpotężne obrzydzenie na widok tego - co po owym ugniataniu pozostało - dziwne i jakoś niepodobne. Dzisiaj jednak nie czuję obrzydzenia i to nie tylko dlatego, że tamte emocje wywietrzały. Tamten wygnieciony destylat miał w sobie jakąś TREŚĆ.

Robiąc dziś zakupy przypatruję się ogromnemu napisowi powtórzonemu niezliczoną ilość razy...  Graficznie małe, proste cudeńko - niebanalny, ascetyczny pomysł splatającej się satynowej wstążki układającej się w jajko i wielkanocnego zajączka , a pod spodem napis : te święta coś ze sobą niosą.
Pomyślałem sobie wtedy - mój Boże jak zza tego wionie pustką. Wielkanoc naszpikowana symboliką, nieprzebrana studnia artystycznej inspiracji zamknięta w głupawym i wtórnym banale. Banale opakowanym w elegancką formę de facto ważniejszą od treści (skoro treści nie ma i nikt jej nie potrzebuje...)
Forma (plakat z zielona wstążką) był potrzebny by budować nastrój i zachęcać giętkością linii - treść została tu dodana wydaje się całkiem przypadkowo.

Kolejny kamyczek do ogródka otwieracza - by prawidłowo odczytać niektóre przekazy należy raczej studiować formę, niż treść  - bo więcej ma ona do powiedzenia.

Otwieracz.

środa, 19 marca 2008
Gęba

Niemalże każdy dzień wydaje się być dobrym do tego by opisać coś, co zmieściłoby się w formule otwieracza (mam skromną nadzieję, że już wiem po co piszę w tym elektrycznym śmietniku-pamiętniku). Mam dziwne wrażenie, że otwieram oczy i zmuszam się do opisywania tego czego się boję - utraty resztek autentyczności i to wcale nie w morzu podobnych jednostek, lecz raczej w banale podsycanym wszechobecnymi nieporozumieniami.
Zastanawiam się jak opisać moje dzisiejsze zdarzenia nie popadając w niepotrzebne szczegóły... Dość powiedzieć, że odbyłem rutynową wizytę w związku z wykonywaną przeze mnie pracą. Przyjęła mnie osoba będąca odpowiedzialną za to co kontrolowałem. Zupełnie przypadkiem wyszło na to, że wina za powstałe usterki leży nie po stronie serwisu lecz raczej po stronie użytkownika. Pogadaliśmy kilka minut - ja nie wnikałem: kto ani kiedy popełnił błąd- zaznaczyłem jednak oczywistość dowodów iż "my tu nie winne".
Wracam dość znużony (fizycznie) do swej bazy i co się okazuje? Jestem nieczułym brutalem który naskoczył na niewinną niewiastę i niemalże zgwałcił ją doprowadzając do łez. Zupełnie zniknęła kwestia odpowiedzialności i przedmiotu rzeczy, a ja znowu okazałem się gburem i de facto debilem.

Usiadłem nad brzegiem swojego rynsztoka i zapłakałem...
Pomyślałem sobie, że powszechna manipulacja musi mieć już gdzieś między ludźmi swe prapoczątki. Zamiast przyznać się do błędu (dziś to czyn uznany za coś w rodzaju nieprzyzwoitego sepuku) wywraca się kota ogonem i chroni własny tyłek. Nie chodzi mi wcale o uczciwość - do tego trzeba po prostu swoistego heroizmu, chodzi mi raczej o niezrozumienie i manipulację. Nieporozumienie...Niezrozumienie...Błędne odczytywanie cudzych intencji, opaczne odczytywanie cudzych słów i gestów. Czasem błądzimy w tej lepkiej mgle nie otwierając oczu. Może wtedy lepiej nie otwierać? Nie! Lepiej otworzyć i stłuc te lustro własnego oglądu - ono nie może być proste. O tym zresztą chyba już przy innej okazji.

21:01, qwertyui85 , otwieranie
Link Komentarze (1) »
 
1 , 2
Add to Technorati Favorites